Strona główna Profilaktyka Artykuły Kontakt O nas Archiwum Forum dyskusyjne

Lista artykułów

Absurdy diagnostyczne: 3-letnie dziecko świadkiem w sądzie.

Bezprzedmiotowy spór o "Syndrom Gardnera"

Dlaczego Różę odebrano rodzicom.

Jak zostać sierotą za własne pieniądze

Niekompetencja biegłych psychiatrów. Przypadek Andrzeja W.

O debacie "Molestowanie - piętno na całe życie?"

Pedofilia. Litość i sceptycyzm

Wytwórnia pedofilów

Jak zostać sierotą za własne pieniądze

Malina Błańska - "Nie" nr 16/2009

U praczki mózgów.

- Indukowanie pacjentom fałszywych wspomnień przez terapeutów jest bardzo szkodliwym, ale częstym i dochodowym procederem. No i łatwym - twierdzi psycholog Tomasz Witkowski, współautor akcji "Stop manipulacji".

Terapeuci grzebiący w głowach pacjentów nie muszą posiadać żadnych uprawnień. Gabinet psychoterapeutyczny w Polsce może otworzyć rzeźnik. O ile ma talent do przytrzymania przy sobie klientów, oczywiście. Jeśli dobrze pomajstruje w głowie delikwenta, nastawi go przeciw bliskim, uzależni emocjonalnie, wyhoduje idealnego, wiecznie płacącego klienta.

Talent na pewno posiada Barbara W., właścicielka warszawskiego gabinetu Nuit Magique. Pani ta nie jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego (PTP), potwierdza to przewodniczący PTP Adam Niemczycki. Opiera się na metodach psychologicznych przez PTP uważanych za nielegalne. Powołuje się za to na pracę pod kierunkiem prof. Kazimierza Dąbrowskiego. Trudno to sprawdzić - profesor od 29 lat nie żyje.

Wyłożona tekturkami od jajek przychodnia przy ul. Klaudyny funkcjonuje od 1992 r. Klientami jej były córki, synowie, siostry, przyjaciele moich rozmówców.

Magda

Magda* - jak opowiadają jej rodzice - poszła do psychologa, bo to modne. Miała bogatego zagranicznego faceta, dobre auto, czas na plotki z siostrą i 28 lat. Nigdy wcześniej nie miała problemów z psychiką. Za czterodniowe kuracje płaciła 600 zł.

Po kilku tygodniach rodzice znaleźli w mieszkaniu córki wyniki badania przeprowadzonego za pomocą Wieloobjawowej Skali Diagnostycznej WISKAD. Posługiwanie się nią do diagnozy w Polsce uważane jest za nielegalne. Wynik badania mówi o istnieniu dużych trudności osobowościowych, o stosowaniu mechanizmów obronnych schizofrenicznych i paranoidalnych podobnie jak w chorobie psychicznej - schizofrenii. Magda stara się utrzymywać dobre kontakty z osobami krzywdzącymi ją, co jest niezgodne z naturą ludzką; respektuje ich, a nie swoje potrzeby.

Magda znienawidziła mamę i tatę. Nie chciała z nimi rozmawiać. Kontaktowała się jedynie z siostrą, której opowiadała, jaką krzywdę wyrządzali jej rodzice w dzieciństwie. Mieszkanie okleiła żółtymi kartkami z napisem "Jestem chora na schizofrenię paranoidalną". Do domu rodziców przyjeżdżała w towarzystwie jakichś ludzi i urządzała widowiskowe kłótnie, w trakcie których wyrzucała z siebie emocje.

- Pani nie wie, co to znaczy krzyczeć - mówi mama Magdy i puszcza nagranie z jednej takiej konfrontacji.
Rozumiem niewiele: - Morderczynio! Chciałaś mnie zabić! Pedofilu! Już nigdy mnie nie skrzywdzisz!

Nagranie powstało rok po pierwszej wizycie Magdy w Nuit Magique. Przed nagraniem było wiele podobnych konfrontacji. Matka, która pierwsza została zaatakowana, dołowała się. Zastanawiała się, czy Magda rzeczywiście mogła myśleć, że chciała ją zabić, gdy lata temu cofnął się czad z komina. Miała poczucie winy.

Kolejnym elementem terapii było uwolnienie się od "starych" - tak bowiem matka i ojciec nazywani są w gabinetach Barbary W. Magda oddała rodzicom wszystkie rzeczy, jakie od nich dostała. Książki, biżuterię, ubrania. Siostrze, z którą jeszcze się kontaktowała, chwaliła się cudownymi efektami psychotropów, które zażywa. Poradziła zaprowadzić na terapię do pani Basi - bo tak o niej mówiła - jej 4-letnią córkę. Pani Basia podejrzewała ponoć, że dziadek, czyli ojciec Magdy, z pewnością gwałci też swoją wnuczkę.

Siostrze Magda pochwaliła się też, że poznała cudownych ludzi, spisała testament, w którym przekazuje im wszystko, co ma. Wyprowadziła się z mieszkania.

Rodzina Magdy próbowała dowiedzieć się czegoś o Barbarze W. Bliscy znaleźli psychiatrę, która wystawiała recepty na psychotropy. Zrobili prowokację; wyszło na jaw, że współpracuje ona z W. Już przy pierwszym spotkaniu wysyła na terapię do wspaniałej pani Basi. Podczas konfrontacji z Barbarą W. mama Magdy nie wytrzymała ciśnienia i wytargała W. za uszy. Wszystko zostało nagrane przez małżeństwo, dlatego zamarli, gdy w akcie oskarżenia przeczytali, że próbowali ją udusić, uszkodzili kręgi szyjne, chcieli oblać kwasem solnym. W kolejnych zarzutach przeczytali, że odpowiedzialni są za nasłanie trzech bandytów na Barbarę W. - 70-letnią staruszkę. Bandyci, jak na zawodowców przystało, podczas napadu krzyczeli, że wynajął ich ojciec Magdy.

Rodzice Magdy sami są teraz klientami psychologa. Nie wiedzą, gdzie córka mieszka. Magda odcięła się od starych znajomych. Ostatnio spotkali się w marcu. Przypadkiem. Podczas debaty zorganizowanej w redakcji "Gazety Wyborczej" - "Molestowanie - piętno na całe życie". Magda dostała głos od prowadzącej debatę Ewy Wanat – naczelnej radia TOK FM.

- Mój ojciec mnie molestował... - powiedziała.

Ojciec Magdy nie wytrzymał. Wstał i krzyknął: - Jestem ojcem tej dziewczyny. Moja córka padła ofiarą manipulacji. Mam nagrania.

Nie pozwolono mu dokończyć. Nie dano mikrofonu.

Julia i Joanna

Pan Zbigniew przez terapię u Barbary W. stracił kontakt z dwiema córkami: Julią i Asią. Pierwsza poszła Julia. Trening interpersonalny miał poprawić jej i jej narzeczonego relacje ze światem. Dziewczyna zawsze była ambitna. Skończyła MBA w Wiedniu.

W trakcie pierwszej wizyty u Barbary W. po trzech godzinach terapii wysłała SMS-a do rodziców pisząc, że nie wiedzą nawet, jaką krzywdę jej zrobili. Nie wiedzieli. Julia już wiedziała. Przyjeżdżała do rodziców w towarzystwie kogoś, kto pilnował, by nikt jej nie dotknął. Przypominała zdarzenie z dzieciństwa. Dokonywała jego interpretacji twierdząc, że jest to źródło jej życiowego niepowodzenia. Wrzeszczała: - Nienawidzę cię! Nie mogę przez ciebie żyć! Popsułeś mi życie!

Pan Zbigniew także ma nagrania.

Zdarzenie, na podstawie którego oskarża rodziców, przy każdej konfrontacji z nimi bywa inne. Raz ojciec zabrał jej szanse na szczęśliwe życie, gdy w dzieciństwie próbował ratować matkę, która nawdychała się gazu w łazience. Julia twierdzi, że ojciec, zamiast ratować matkę, powinien ją przytulić, bo potrzebowała tego wtedy. Bała się. Innym razem mówi, że ojciec skrzywdził ją pozwalając samej lecieć do Stanów do szkoły. Miała wtedy 14 lat. Na lotnisku została poproszona na przesłuchanie celem potwierdzenia, do kogo i po co przyleciała. Sprawę załatwiło podanie adresu i telefon. Jednak kobieta, która ją wypytywała, miała broń i Julia się przestraszyła. Nienawidzi ojca. Matki zresztą też... Za to, że musiała sprzątać. Julia oddała wszystkie prezenty od rodziców. Pewnego dnia znaleźli w ogródku stertę rzeczy.

Do terapii u Barbary W. przekonała młodszą siostrę. Asia odcięła się od rodziców. Od dwóch lat Zbigniew nie ma z nią żadnego kontaktu.

- Przynajmniej nie robi konfrontacji - pociesza się pan Zbigniew. Przy jednym najeździe - a dziś nie pamięta, ile ich mogło być, bo stracił rachubę po piętnastym - postrzelił z broni gazowej faceta, który obstawiał córkę, gdy ta się darła. Dostał 15 miesięcy w zawiasach na 3 lata. Córka nadal go atakuje. Czasami w miejscach publicznych. W pracy. Przy klientach.

Aby odzyskać córki, gotów jest pójść na układ z diabłem. Z prawnego punktu widzenia nic nie można zrobić. Wie, bo prosił o pomoc swojego chrzestnego Andrzeja Zolla, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Dwa tygodnie profesor szukał sposobu. Nie znalazł. Dopóki ustawa o niektórych zawodach medycznych nie wejdzie w życie, nie ma jak ścigać psychoterapeutów. Do tej pory każdy dorosły człowiek, jeśli ma ochotę, może ufać i oddawać życie swoje i swoich rodzin w ręce każdego manipulanta.

Małżeństwo Zbigniewa nie wytrzymało kryzysu. Wzajemne obwinianie się o danie córkom nadmiernej swobody, napady Julii, drążenie win doprowadziły do rozwodu. Zbigniew rozważa wystąpienie do prokuratury o wydanie zakazu zbliżania się do niego starszej córki. Stracił rodzinę. Nie chce stracić pracy.

Kalina

Kalina od wielu lat leczy się na wahania nastrojów i depresję. Do W. poszła na terapię małżeńską. Młode małżeństwo, dwoje dzieci, oboje chcieli poradzić sobie ze sobą. Poradził sobie tylko mąż - Francuz. Kalina często nie mogła uczestniczyć w terapii. Przez dzieci. Opiekunki kosztują - w domu nie było pieniędzy, a standardowa terapia to 600 zł kilka razy w miesiącu. Powtórzył się schemat. Konfrontacje z żoną, wyzywanie, że jest złą, chorą psychicznie matką, która daje dzieciom słodycze. Oddanie prezentów.

Nie wolno mi opowiadać wszystkich szczegółów kryzysu spowodowanego terapią, bo sama Kalina żyje w poczuciu winy. Mąż zabrał ich małe dzieci do Francji. Z lęku, że może podburzać je przeciw matce, jest mężowi posłuszna. Dwa miesiące po stracie dzieci zgodziła się sama znowu chodzić na terapię do pani Basi, bo taki postawił jej warunek, by mogła widywać się z dziećmi.
Dzięki Kalinie wiemy, jak wyglądają terapie i jaki jest ich mechanizm.

- Ty jedziesz do starej, ty do starego! - Kalina opowiada o dyspozycjach, jakie dostają uczestnicy terapii. Mają wykrzyczeć swoje emocje. Powiedzieć, że są odpowiedzialni za nieszczęścia, za brak akceptacji, którą im Barbara W. uświadamia. Na przemian chwali i krytykuje swoich pacjentów. Kalinie np. mówiła, że nie kocha swoich dzieci.

- Potem opowiada się przebieg konfrontacji i wszyscy chwalą. Na jednym spotkaniu Barbara W. mówiła do dziewczyny, która wyrzuciła swoje emocje wobec starych, że pięknie wygląda, że bardzo dobrze jej to zrobiło, że ma po tym błyszczące oczy.

Kalina zerwała drugą terapię. Twierdzi, że jest za stara. Ma 39 lat i nie daje sobą już manipulować. Prawda - od lat ma problemy psychiczne i wie o tym. Zawsze była pod opieką specjalistów. Nie uciekała przed tym. Nie jest jednak w stanie uznać, że jest złą niekochającą matką.

Aneta

Jest jeszcze jedna osoba, która opowiada o terapii u Barbary W. Poznańska psycholog Aneta Wabińska, która na prośbę rodziców jednej klientki W. zgodziła się chodzić na spotkania.

- Mowa była o głębokich zmianach, o wzięciu odpowiedzialności za swoje życie - opowiada. - Następnie Barbara W. snuła wizje traumatycznych przeżyć, które powodują późniejsze dysfunkcje. Podawała przykłady dramatów i koszmarów przeżywanych w dzieciństwie, które dzieci wymazują z pamięci, ale dramaty te wpływają na ich późniejsze życie. Potem wysłuchiwano opowieści o wyrodnych "starych" znęcających się psychicznie nad pociechami. Zalecano krzykiem wyrzucić z siebie narosłe przez lata złe emocje. Nakazywano podjąć ważną decyzję: trzeba odciąć się od "starych". Wykrzyczeć im, jakimi byli katami! Krzyk wyzwala. Tak uświadamiano pacjentom, jak mogą osiągnąć szczęście. Podczas spotkań dużo było wyzwisk, wulgaryzmów. Uczestników terapii utrzymywano w stanie nieustającego napięcia. Raz chwalono ich, że są wspaniałymi osobami i tkwią w nich możliwości, a chwilę później niszczono psychicznie wykazując, jakimi są nieudacznikami.

Potem były zadania. Terapeutka kazała zwrócić "starym" wszystko, co ich przypomina. Tłumaczono, że tylko w Nuit Magique mogą znaleźć pomoc i wsparcie. Pacjenci byli wysyłani do psychiatry. Prawdopodobnie po psychotropy. Gdy Wabińska odmówiła - cała grupa zaatakowała ją. Psycholog przerwała eksperyment. Coraz gorzej czuła się po spotkaniach. Nawet ona, fachowiec, się bała.

Ja

- Po pierwsze nie może pani iść sama, po drugie muszę panią przygotować. - Przed spotkaniem z W. ostrzega mnie doktor Barbara Gujska, kierownik sekcji ds. zagrożeń Psychologicznych i Psychomanipulacji przy Polskim Towarzystwie Higieny Psychicznej. Jej zdaniem osoba z takimi dokonaniami, jak W., z łatwością może wpłynąć na mnie i wyprać mi głowę. Nawet podczas godzinnego spotkania.

Z Barbarą W. spotykam się w jej gabinecie. W pokoju siedzą jeszcze trzy osoby. Obstawa - facet i dwie dziewczyny. Jedną z nich jest Magda. Nagrywa spotkanie.

Barbara W. co jakiś czas wychodzi. Dzwoni do adwokata. Instruuje Magdę, co może mówić, a czego nie. Może mówić o tym, że ojciec pozwalał jej chodzić nago, skrzywił wyobrażenie o mężczyznach, molestował, bił i śmiał się. Nie może powiedzieć, czy uprawiała seks z ojcem, jak nazywała się pedagog szkolna, która dawno temu poradziła jej pójście do psychologa, ani nic, co umożliwiłoby zweryfikowanie jej słów.

Druga dziewczyna - nie wiem, po co została sprowadzona. Pewnie dla wiarygodności. Nie uczestniczyła nigdy w terapiach W. Siedzi i opowiada o traumie wyrządzonej jej przez rodziców.

Facet nie godzi się, bym o nim wspominała w publikacji, za to co jakiś czas krzyczy na mnie: - Pani nie jest od tego, by mówić, co jest prawdą, a co nie! Nie jest pani bezstronną dziennikarką! Ma pani obowiązek pisać obiektywnie!

Piszę więc.

Barbara W. twierdzi, że ma wykształcenie psychologiczne. Jakie? Nie powie. Nie powie mi też, na czym polega jej terapia.

- Nie będę dziś o tym mówić - ucina.

Problem indukowania fałszywych wspomnień uważa za linię obrony krzywdzicieli, którzy chcą odciągnąć uwagę od odpowiedzialności za swoje czyny. Zboczeńcy ci, jak nazywa rodziców, posuną się daleko, by zemścić się za prawdę, do której podczas terapii dotarły ich dzieci. Przyznaje, że czasami podczas terapii mówi na rodziców "stara, stary".

- Pani broni katów! Gwałciciela nazywa pani rodziną? Czy matka, która podaje własne dziecko zboczeńcowi, nie jest morderczynią psychiczną? - rzuca się na mnie, gdy pytam o krzywdę, jaką wyrządziła rodzinom.

Opowiedziałam tylko o kilku z wielu rodzin walczących o swoich bliskich, których mózgami opiekuje się Barbara W.

Barbara W. nie należy do Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Należy za to do Związku Literatów Polskich. To organizacja ludzi z wyobraźnią.

* imiona bohaterów zostały zmienione

Powrót do artykułów

Powrót na stronę główna

 

 

Artykuły publicystyczne